Aquma

Gramowicz(ka)
  • Zawartość

    519
  • Dołączył

  • Ostatnio

Reputacja

1 Neutralna

O Aquma

  • Ranga
    Delegat
  1. Analiza prawna cacy, ale mam pytanie: serio myślisz, że w całej sprawie rozchodzi się o ustawy i prawniczy żargon? Bo mnie się wydaje, że bardziej chodzi jednak o etyczne konotacje sprzedawania np. osobom nieletnim wirtualnych skrzynek, z których może, ale nie musi coś fajnego wylecieć - coś, co ma dla nich znaczenie, bo np. oferuje przewagę w ramach grupy, w której chcą osiągnąć sukces, wyrobić sobie jakąś pozycję. Tak na zdrowy, chłopski rozum: czym to się różni u swoich podstaw np. od wrzucenia żetonu do automatu? Z niego też może, ale nie musi wypaść coś, co oferuje pewną satysfakcję i wymierne profity w ramach środowiska, w którym się funkcjonuje. Porównujesz te praktyki do zakupów, ale ta analogia nie ma najmniejszego sensu, chyba, że mówimy o kupowaniu kota w worku. Idąc do marketu i kupując telewizor albo spodnie widzę co kupuję i widzę ile za to płacę. Jeśli nabywałbym pudełko, w którym może znaleźć się telewizor, odkurzacz, albo garść cukierków - wtedy Twoje porównanie byłoby trafne. Ale takich marketów, o ile się nie mylę, jeszcze nie ma, prawda? Owszem, mogą się zdarzyć np. promocje nacechowane elementami hazardowymi (też wątpliwe etycznie wg. mnie), ale zakupy same z siebie takie nie są. Krótko mówiąc, fakt, że z punktu widzenia prawnej definicji loot boxy nie są do końca tym samym, co tradycyjny hazard, nie czyni ich jeszcze czymś etycznym czy właściwym. Cała dyskusja w tej sprawie toczy się przecież właśnie dlatego, że prawo regulujące podobne kwestie jest niedoskonałe, przestarzałe, nie nadąża za współczesną technologią i rozrywką. Przyznam, że rozbawiła mnie też ta Twoja zaduma nad gościem, który wydawał olbrzymie kwoty na mikrotransakcje i dalej kupował kolejne gry, które je zawierały. Nie mam pojęcia, czy ta historia jest prawdziwa czy nie, ale same rozważania uważam za zabawne o tyle, że ignorują pewną oczywistość. Pytasz, dlaczego to robił. Czy przypadkiem nie na tym właśnie polega uzależnienie? Nie ma żadnego znaczenia, czy typ grał w jeden tytuł, od którego nie mógł się oderwać, czy w ileś tam gier stosujących podobne mechanizmy, bo nie o uzależnienie od gier (czy jednej gry) się tu rozchodzi, a od quasi-hazardowych praktyk w nich zawartych. Kupował, bo nie mógł się oderwać, tak samo, jak alkoholik, który pozostaje alkoholikiem niezależnie od tego, czy popija piwko, wódeczkę czy denaturat. I tak jak alkoholik kupi kolejną butelkę, mimo że - ba! Dlatego że! - wie, co się w niej znajduje, tak taki człowiek odpowiednio kształtuje swoją bibliotekę gier. Uzależnienie może i bardzo często dotyczy samej czynności, która służy zaspokojeniu żądzy, a nie konkretnego produktu, który jest do tego celu wykorzystywany.
  2. No przecież trzeba z czegoś dalej ssać tę krew :P
  3. Opinia: Scorpio nie uratuje Xboksa One

    To prawda, że w dniu premiery sytuaja PS4 nie wyglądała najlepiej. Gier było niewiele i nie prezentowały zbyt wysokiego poziomu. Potem jednak wszystko się zmieniło i osobiście uważam, że od przynajmniej dwóch lat Sony zdecydowanie dowodzi, że zasługuje na swoją wiodącą pozycję na rynku. Cóż z tego, że na koniec zeszłego roku ukazał się tylko The Last Guardian (skądinąd świetny), skoro wcześniej mieliśmy też premierę Uncharted 4 oraz Street Fightera V (mam świadomość, że można go oceniać różnie, ale podobnie jest i z Killer Instinct). Z kolei w tym roku mamy w ogóle kompletny knockout, zarówno pod względem ilości, jak i jakości gier ekskluzywnych. Nie ma wielkiego znaczenia, że na jesień/zimę zostało tylko Grand Turismo Sport (oraz HZD: The Frozen Wilds), skoro wcześniej pojawiły się już Nioh, Nier: Automata, Gravity Rush 2, Horizon Zero Dawn, Persona 5, Yakuza Zero, Hellblade czy Uncharted: Zaginione Dziedzictwo. Na PS4 po prostu jest w co grać, a przyszły rok zapowiada się równie dobrze, jeśli nie lepiej. Z drugiej strony mamy Microsoft. Szcerze mówiąc nie podzielam opinii na temat rzeoko mocnego portfolio tej firmy. Jasne, gier czasem było więcej niż u konkurencji, ale, jak sam potem zauważasz, to często odgrzewane kotlety z Forzy oraz kontynuacje innych marek znanych z poprzedniej generacji. To o wiele, wiele za mało. Co gorsza, ich najgłośniejsze gry są kierowane niemal wyłącznie do fanów dwóch gatunków: wyścigówek i strzelanek. Jeśli ktoś akurat nie pała do nich szczególną miłością, właściwie nie ma co z maszynką M$ robić - przynajmniej w kontekście exów, bo wiadomo, że w tytuły multiplatformowe można grać i tu i tu. Gdzie jest odpowiedź Microsoftu na Bloodborne? Co na Xboksie nawiązuje jakąkolwiek rywalizację z Horizon Zero Dawn? Jaka jest reakcja na produkcje Davida Cage'a (niektórzy lubią, inni nie - ale grunt w tym, że właściciele PS4 ten wybór mają i jest oferowany konsekwentnie, bo mamy też np. Until Dawn)? God of War? Nowego Spider-Mana? Na co mogą liczyć fani przygodówek czy gier action adventure? Niestety, chyba tylko na promocję i zakup taniej PS4-ki. Dlatego też zgadzam się: Xboks One X nie uratuje Microsoftu. Uważam jednak, że rozchodzi się o znacznie więcej niż brak umiejętności sprzedawania gier. Błędy popełniane są wcześniej, na etapie planowania i kształtowania marek. Za mało w tym wszystkim świeżości, za mało zróżnicowania i niemal brak rzeczy, które naprawdę potrafiłyby pozamiatać i pozostawić widownię w zachwcie. A już kompletnie niezrozumiale jest to, że nielicznym, rzeczywiście rozpalającym wyobraźnię graczy tytułom pozwala się umrzeć nim zobaczą światło dzienne - vide Scalebound. To powinna była być gra, na którą Microsoft huha i dmucha, powoli kształtując w system seller, bo właśnie takich produkcji Xboksowi brakuje. To powinna była być odpowiedź właśnie choćby na Horizon. Jak wiadomo, nigdy nie będzie.
  4. Yada, yada, yada. A tymczasem Frictional Games sprzedało w rok 500 tys. kopii SOMY i to wystarczyło, by zwróćić koszty 5-letniej pracy nad tym tytułem i jeszcze sporo zarobić. Więc... retoryczne pytanie-zagadka: kto tu robi coś nie tak? Od razu dodam, że FG są ze Szwecji, w której ludziom płaci się za pracę całkiem normalne pieniądze, więc z pewnością nie chodzi tu o żadną "tanią siłę roboczą z Europy Wschodniej" - argument, który często pojawia się w przypadku podobnych rozmów o CD Projekt RED. Może zamiast rozdmuchiwać w przysłowiowy kosmos budżety na cele marketingowe i próbować na siłę wykreować dla gier-horrorów nową grupę odbiorców, kastrując przy tym same produkcje z kluczowych elementów, lepiej zacząć sprzedawać te tytuły ludziom, którzy rzeczywiście chcą w nie grać? Wiem, prawdziwie rewolucyjna myśl.
  5. Dead Space był świetny. Widać było, że to gra robiona z pomysłem i miłością. Dwójką była już słabsza, ale dalej trzymała niezły poziom. Potem to już jazda z górki: najpierw EA zmusiło Visceral do zrobienia z DS3 banalnego, durnego i najeżonego mikrotransakcjami shootera, a po - w efekcie tego - zarżnięciu marki, ewidentnie nie bardzo wiedziano, co dalej z tym studiem począć. Zamiast dać im trochę luzu i przestrzeni, pozwolić stworzyć jakąś własną markę, pakowano ich w gnioty pokroju Hardline'a, który powstał tylko po to, żeby EA miało jakąś strzelankę na koniec roku (a spece z DICE niestety byli zajęci czymś innym). No i skończyło się tak, jak się skończyło - to przecież w przypadku EA nic nowego. Jeśli Bioware nie zatrzęsie ziemią swoim Anthem (i to lepiej długotrwale, a nie na parę miesięcy, jak w przypadku TOR-a), przewiduję, że niedługo jego zwłoki wpadną do tego samego dołu. Czarno widzę też ten nowy tytuł SW po takich przejściach, a szkoda, bo chętnie bym zagrał w coś w tym uniwersum (w co jeszcze nie grałem), a Battlefront II zupełnie mnie nie jara. Smutne, że EA tak koncertowo marnuje licencję, którą zdobyło. 4 lata i jeden, niezbyt dobry sieciowy shooter... Słabo, słabo...
  6. Pod wpływem tego tekstu, przeczytanego jeszcze w lecie, a także paru innych, podobnych publikcji też dołączyłem do grona posiadaczy PS Vity w 2017 roku. I nie żałuję. Parę uwag: 1. Autor wspomina o tym na końcu pisząc o exclusivach na PSP, niemniej gwoli klarowności: konsolka jest kompatybilna wstecz nie tylko z PSOne, ale i PSP - choć z takim zastrzeżeniem, że tytuły PSP trzeba kupować w wersjach cyfrowych, z uwagi na odmienny nośnik fizyczny wykorzystany w Vicie. Oznacza to niestety, że w niektóre gry zagrać się nie da (np. Final Fantasy VII Crisis Core, które z powodu problemów Square-Enix z licencjami nie trafiło nigdy na PSN), niemniej jest masę rzeczy do ogrania - i to nie tylko exów, ale po prostu wszystkich pozycji wydanych na poprzedniego handhelda Sony. 2. Dramat z memory cardami - prawdopodobnie jedna z głównych przyczyn upadku konsoli. Jeśli zdecydujecie się na zakup Vity z drugiej ręki, zwróccie uwagę na to, by Wasz egzemplarz miał przynajmniej kartę pamięci z 8GB miejsca, a preferowalnie 16 lub nawet 32 GB (mnie niestety udało się dorawać tylko ósemkę). Vita obsługuje karty w wyjątkowym dla siebie formacie i są one niestety horrendalnie drogie - 16 GB to wydatek rzędu 160-180 zł (nowa). Używki są odpowiednio tańsze, ale dalej trzeba się przygotować na spory wydatek, przynajmniej w odniesieniu do ilości przestrzeni, którą otrzymujemy. W dodatku miejsce zapełnia się całkiem szybko - przeciętna "duża" pozycja zżera ~ 3-3,5 GB. Jedyny ratunek w szybkim łączu internetowym. 3. Skoro już mowa o łączu internetowym. Vita obsługuje Remote Play z PS3 i PS4 - i przynajmniej w przypadku tej drugiej konsoli działa on naprawdę zaskakująco dobrze, pod warunkiem że cieszycie się stabilnym i w miarę szybkim internetem. Jeśli więć macie w domu PS4, naprawdę nie lekceważyłbym tej funkcji rozpatrując zakup konsoli - zdarzyło mi się np. grać w Wiedzmina 3 lub InFamous: Second Son będąc poza domem, w oparciu o dwa odrębne połączenia internetowe i lag był tak nieduży, że niemal niezauważalny. Dość powiedzieć, że jestem w stanie grać na tym w Tekkena 7, który wymaga niemałej szybkości i precyzji. Będąc w domu można też połączyć Vitę z PS4 bezpośrednio i korzystać z niej np. wtedy, kiedy pociechy lub żona/dziewczyna zajmują telewizor. Z tej perspektywy Vita będzie żyła tak długo, jak PS4. 4. Z tym życiem i śmiercią sytuacja też jest nieco bardziej skomplikowana. Owszem, Vita jest systemem martwym... w Europie i USA. Nie w Japonii, gdzie nadal jest wspierana licznymi produkcjami. często od razu tłumaczonymi na jęz. ang. Jeśli więc jesteś fanem np. jRPG-ów albo VN, to konsolę możesz uznać za całkiem żywa i żwawą, bo pozycje tego typu pojawiają się na niej regularnie i w ilościach hurtowych. Niektóre są przy tym naprawdę solidne
  7. Filmu jeszcze nie widziałem, ale powiem Ci szczerze, że główną informacją, która wyłania się z tego tekstu jest to, że bardzo, bardzo (bardzo?) chciałeś, żeby się nie udał... co niestety powoduje, że wszystkie pozostałe informacje i oceny wypada traktować ostrożnie, bo gołym okiem widać, że felieton nie tyle stawia pytania i próbuje na nie odpowiadzieć, nie tyle kreauje dyskusje, co stara się udowodnić z góry założoną przez autora tezę. Co gorsza, niestety trudno jest uniknąć wrażenia, że rzeczona teza została założona jeszcze przed seansem, mniej więcej w momencie, w którym produkcja Blade Runnera 2049 została zapowiedziana. Sam film ocenię, jak obejrzę. Blade Runner to rzeczywiście klasyk... ale też bez przesady z tą przełomowością. Jego wyjątkowość absolutnie nie polegała wyłącznie na stawianiu mądrych pytań, bo te pytania były już stawiane dużo wcześniej, tak na papierze, w kinie, jak i nawet w teatrze. O sukcesie Łowcy Androidów zdecydowało połączenie różnych elementów, z klimatem, zdjęciami, grą aktorską i fabułą włącznie (ale nie wyłącznie). Nawiasem mówiąc, skoro już o sukcesie mowa, pierwszy BR też wcale szału w kinach nie zrobił. Sprzedał się zaledwie jako tako. To kolejne lata i miłość fanów uczyniły z niego kultowy klasyk, za który uważany jest obecnie.
  8. "Zestaw składał się będzie na grę... " - serio? A czy to przypadkiem nie gra (wraz z innymi rzeczami) będzie się składała się na zestaw? 
  9. Może być tak jak mówisz, ale w ramach polemiki pozwolę sobie na przedstawienie wersji alternatywnej :) Otóż ja jednak widzę zauważalną różnicę jeśli chodzi o jakość oferty "darmowych" gier oferowanych w ramach PS+ w ciągu ostatnich paru miesięcy - dwóch, może nawet trzech lub czterech (choć cztery to już trochę na siłę). Od dłuższego czasu właściciele konsol Sony narzekali na to, że za wydawane na usługę pieniądze otrzymują głównie indyki (w dodatku często dość przeterminowane) - mnie to akurat nadmiernie nie przeszkadzało, bo podobne gry często kupuję dopiero w promocjach i do mojej kieszeni "wpadło" sporo tytułów, których nigdy w wcześniej nie ograłem - niemniej taka opinia była bardzo powszechna, jeśli poczytać np. komentarze pod newsami na temat ofert PS+ i Xbox Live na dany miesiąc. A nie oszukujmy się, to właśnie te oferty decydują o tym, czy te kilkadziesiąt złotych wydawanych co miesiąc sprawia wrażenie sensownej inwestycji, czy jedynie haraczu pobieranego za coś, co Pecetowcy mają zupełnie za darmo :) No więc, z nielicznymi wyjątkami, tak było przez kilka lat, właściwie od momentu premiery PS4. A teraz? Czerwiec: Killing Floor 2, Life is Strange Lipiec: Until Dawn, Gra o Tron od Telltale Sierpień: Just Cause 3 (a od biedy też AC: Freedom's Cry) Właściwie co miesiąć dostajemy jakiś smakowity kąsek, a na wieści o kolejnej ofercie nikt już nie reaguje znudzonym ziewnięciem. Może jest po prostu tak, że Sony w końcu postanowiło podnieść rękawicę? Tyle, że by to zrobić, trzeba też niestety podnieść cenę, bo nie można równocześnie zjeść ciastka i ciągle go mieć. Szczególnie, kiedy nie ma się niemal nieograniczonych worów z kasą, jak konkurencja ;)
  10. Ciupię w to właśnie ostatnio na PS4 i muszę przyznać, że bawię się naprawdę dobrze. Olbrzymia lista postaci, które mocno się od siebie różnią w trakcie gry naprawdę może zrobić wrażenie, szczególnie, że twórcy zadbali o to, by każda z nich oddawala ducha swojego komiksowego pierwowzoru. I chodzi tu zarówno o takie detale, jak kwestie wypowiadane pomiędzy bohaterami (komentują się nawzajem, kiedy mijamy kogoś na ulicy, często nawiązując w jakiś sposób do materiału źródłowego), jak i model rozgrywki, który prezentują. Miło też, że nawet mniej rozpoznawalnych bohaterów nie potraktowano po macoszemu. Gambit bez najmniejszych wątpliwości jest Gambitem, Nightcrawler walczy dokładnie tak, jak byśmy się tego po nim spodziewali (bezustannie znikając i pojawiając się w różnych miejscach pola bitwy), Cyclops nie tylko strzela laserami z gał, ale jest liderem, który może wołać na pomoc towarzyszy, a telepatię i telekinezę Jean Grey można nawet za pośrednictwem specjalnego skilla zamienić na płomienie Phoenix. Słowem, jest po prostu wszystko, co być powinno :) Największą zaletą gry jest jednak bez wątpienia system walki. Zapomnijcie o hack&slashach, w których przedzieramy się przez kolejne lokacje masakrując non stop 1-2 przyciski na myszce/padzie. MHO jest dynamiczne, wymaga ciągłego ruchu i rozsądnego używania zdolności naszego bohatera, a skala destrukcji otoczenia potrafi nie raz przywołać na japę szeroki uśmiech. Szkoda tylko, że zawartość tu i tam trochę kuleje, szczególnie jeśli chodzi o tzw. aktywności poboczne. Ale i tak gra jest warta sprawdzenia, szczególnie, że przecież można to zrobić zupełnie za darmo :)
  11. "Prawa do serii z czasem przejęło studio Bethesda Softworks i w październiku 2008 roku wydało jej trzecią odsłonę". A w listopadzie 2015 roku wydało nawet i czwartą, ale w sumie rozumiem, też wolałbym o niej zapomnieć ;) 
  12. 240 klatek?! Hola, hola, dojdźmy może najpierw do 60 ;)
  13. KeyserSoze napisał: Aquma napisał:    Rzecz jednak w tym, by obecność takich postaci i wątków trzymała się kupy, miała jakieś ręce, nogi i logiczną spójność z resztą świata przedstawionego.  A w którym miejscu ja mówię, że ma być inaczej? CDP Red mają świetnych scenarzystów, więc na pewno by dali radę uzasadnić obecność czarnoskórych w portach na przykład, jako kupców z południa. Albo jakichś pojedynczych to tu, to tam, z jakąś fajną, ciekawą historią stojącą za ich obecnością w obcym kraju. Tak właśnie, jak w Sercach z Kamienia, które powstały, przypominam, już po tej wielkiej fali oburzenia po premierze podstawowej gry. CDP w ten sposób naprawił swój błąd i udowodnił, że inne rasy i kolory skóry mogą się w grze bez problemu znaleźć. Co nie przeszkadza bardzo wielu ludziom twierdzić, że nie powinny wcale i powoływać się na grę, która temu stwierdzeniu wyraźnie zaprzecza już teraz przecież :D Okej, więc w takim zakresie poniekąd się zgadzamy :) Tylko że widzisz, Sławku, dla mnie różnica pomiędzy "ma swoje miejsce, ubogaca świat gry", a "wrzućmy na siłę, żeby w grze był obligatoryjny czarnoskóry" jest kolosalna. Jedno jest zjawiskiem pozytywnym, a drugie psuje dzieło, a do tego na swój sposób niszczy - bo homogenizuje, pozbawia tożsamości - kulturę "pokazywanych" mniejszości. W praktyce ma więc działanie dokładnie odwrotne do zamierzonego. Jedno trzeba popierać, ale drugie równie mocno potępiać - a w Twoim tekście, obydwu tekstach na ten temat, w zasadzie, i tego rozróżnienia i potępienia mi brakuje. Problem leży też w tym, że w związku z bardzo agresywną propagandą równości i tolerancji pojmowanych źle, fałszywie, powierzchownie (nawet jeśli w dobrej wierze) - vide to, co powyżej - część osób na podobne tematy reaguje jak pies na jeża. Stroszą się momentalnie, bo dla nich to mityczna "poprawność polityczna" - nie Offirczycy w Sercach z Kamienia, tylko ten mój przykładowy czarnoskóry Zenek, albo setki podobnie kolorowanych postaci w grach, filmach, serialach. Na siłę, bez sensu, żeby było. W drugą stronę zresztą też, jak Matt Damon w Wielkim Murze. I wcale się nie dziwię, że się stroszą, podobnie jak nie dziwi mnie, że wkurza ich, gdy ktoś arbitralnie stwierdza, że popraność polityczna nie jest żadnym problemem (parafrazując i syntetyzując Twój poprzedni felieton) - bo owszem, jest, bywa, całkiem często. To waga, na której po jednej stronie leżą autentycznie dobre intencje i sensowne wartości, a po drugiej totalne absurdy forsowane w dążeniu do nich - pokroju dzieci grających w piłkę bez piłki, bodajże w Australii - wszystko po to, by mniej utalentowani zawodnicy nie czuli się pokrzywdzeni. Ty w tych reakcjach widzisz utajoną, głęboko zakorzenioną ksenofobię, ja widzę obawę przed ciemną, a bardzo rozpowszechnioną stroną promowania tolerancji w kulturze. I przekonanie (prawdziwe czy nie, ale jednak przynajmniej uzasadnione), że jak ustąpi się choć trochę, da przysłowiowy palec, to urwą rękę przy samym półdupku. @ Shu - dokładnie, coś w tym jest. Rozmawianie o kolorze skóry i uwzględnianiu go w grach/filmach/serialach nadaje warość temu, czy ktoś jest biały, czarny czy różowy, zaś sensem tolerancji jest, by tej wartości po prostu nie było.
  14. Trochę Waść dyskutujesz sam ze sobą. Stawiasz pewną tezę, a potem bohatersko ją obalasz. Kłopot w tym, że teza nie do końca trzyma się kupy, co trochę poddaje w wątpliwość wartość całego wywodu. Bo rzecz wcale nie w tym, czy w Wiedźminie i innych produktach polskiej (i inszej również) kultury będą osoby o innym kolorze skóry, innej orientacji niż heteroseksualna, czy innym czymkolwiek.. innym niż coś innego? A niechże i sobie będą - naprawdę wątpię, by poza rzeczywiście skrajnym elementem ktoś miał coś przeciwko (i tak, wiem, pewnie powiecie z panemnowackim, że tak mówią wszyscy krypto-kseno-rasiści). Rzecz jednak w tym, by obecność takich postaci i wątków trzymała się kupy, miała jakieś ręce, nogi i logiczną spójność z resztą świata przedstawionego. Tu leży pogrzebany przysłowiowy pies (i tak, wiem, takiego argumentu pewnie też wspomniani krypto-kseno używają). Każdy skądś pochodzi. I niestety, ile byś włosów ze łba nie wyrwał i ilu gryfów-immigrantów nie przedstawił w roli dowódu, historia jakoś tak już chciała, że większość społeczności zaczynała wybitnie homogenicznie. Ot, tak po prostu kształtują się kultury. Do przemieszania dochodzi najczęściej dopiero na etapie jakiegoś kolonializmu, czy innych wędrówek ludów, które to w różnych częściach świata mają miejsce w różnym stopniu i czasie... a bywa, że nie dochodzi do nich w ogóle. Bo wbrew Twojej wizji świat wcale nie ma postaci wielokolorowego morza z jedną ksenofobiczną wysepką w postaci Polski, a już szczególnie nie wyglądał tak w czasach historycznych, na których różnorakie fantasy jest w większym czy mniejszym stopniu wzorowane. Braku Azjatów w bajce bazowanej na mitach nordyckich też będziesz się czepiał? Coś mi się nie wydaje... Zresztą, nawet kiedy już dojdzie do przemieszania kultur, to przecież Ci ludzie skądś przyszli, skądś się wzieli, nie? Nie stali się nagle różnokolorowi, "bo tak", bo przyszedł czwartek. I o to się rozchodzi. Nie przypominam sobie jakiegoś głębokiego niezadowolenia i protestów na ulicach w związku z faktem, że jeden z czołowych questów w Sercach z Kamienia jest powiązany z Offirem i w całym dodatku pełno śniadoskórych postaci. Nie pamiętam oburzenia w związku z wątkiem homoseksualnym (a jest taki, owszem, co najmniej jeden. Dojrzalszy zresztą, lepiej zrobiony i lepiej obrazujacy problemy gejów w quasi-średniowieczu, niż cokolwiek co zrobiło Bioware w swoich wzorowo multikultorwo-wszechseksualnych Dragon Age'ach - mimo, że ma charakter kompletnie poboczny), cross-dressingiem czy Azarem Javedem z jedynki, który przez sporą część gry był przecież - cholera jasna - głownym antagonistą, jedną z najważniejszych postaci. Wątpię też, by szykowały nam się zamieszki, jeśli w (polskim przecież, olaboga!) Cyberpunku 2077 pojawią się osoby o różnych karnacjach i orientacjach - a prawie na pewno tak będzie. Idę o zakład, choćby i teraz. O dobrą Whiskey. Ale Wiedźmin to Wiedźmin - choćby nie wiem jak bardzo pannowacki zaklinał rzeczywistość, Wiesiek jest mocno słowiański i wybitnie mało multikulturowy. Postaci o różnych odcieniach skóry pojawiały się w tym świecie, owszem, ale rzadko, w konkretnym kontekscie, reprezentując konkretne kultury - czyli dokładnie tak jak w grach. Między innymi dlatego - i z powodu korzystania tu i tam także z mniej spopularyzowanych, słowianskich mitów, a nie jedynie typowego dla zachodu zestawu potworów i wątków - zdaje nam się swojski. Jeśli Zenek, redański żołnierz, z rodziny z dziada pradziada mieszkającej we wsi Soplice, bez żadnego kontekstu i wyjaśnienia uśmiechnie się nagle do gracza czarną buzią - tę swojskość szlag trafi. I wtedy właśnie będzie coś nie tak, coś zostanie utracone. Podobnie jak wtedy, kiedy nagle okaże się, że co druga, misternie budowana, skomplikowana i teoretycznie mająca swoją osobowość postać ma, że tak powiem, elastyczną orientację seksualną, co by żaden gracz nie czuł się pokrzywdzony, że nie może sobie z akurat tą kupką pikseli poromansować. Obydwie te sytuacje występują/występowały, dla przykładu, w grach wspomnianego już Bioware i są/były w nich mieszane z błotem przez część graczy. Bardzo słusznie. Więc... Czarny Wilk? Proszę bardzo. O ile to będzie Amusabe ze Szkoły Krokodyla w Zerrikanii, a nie Roman z Podlipia, kształcony w poczciwej Szkole Wilka w Kaer Morhen. Niech to wszysko ma, proszę, jakąś tożsamość, charakter, jakieś korzenie. Niech nie musi obowiązkowo przypominać współczesnego USA, nawet wtedy, kiedy w żaden logicznie pojmowalny sposób nie ma z nim nic wspólnego. Bo niby czemu miałoby? Że dominująca narracja? I cóż z tego? Dominująca nie znaczy jedyna. Czy nie o to przypadkiem chodzi w tolerancji?
  15. Bardzo mnie cieszy ta informacja o skradaniu się :) To bardzo pasuje do Pajęczaka, a tego typu rzeczy zbyt często są w podobnych grach stosowane wyłącznie w wybranych fragmentach.