Ja-kuub-a

Gramowicz(ka)
  • Zawartość

    2
  • Dołączył

  • Ostatnio

Reputacja

0 Neutralna

O Ja-kuub-a

  • Ranga
    Obywatel
  1. Witam Oto moje wersja zakończenia opowiadania. Miłej lektury. Maszerowali dobre piętnaście minut, cisza i spokój uśpiły ich czujność. Dragon opuścił rusznicę, a Moonshine przestał obgryzać dłoń. Im głębiej wchodzili, tym mniej czuć było gówno i inne ludzkie zapachy. - To-to-to wszystko wasza wina! – Strup nagle wrzasnął. Wyglądał jakby oszalał, zapewne tak było. Wybuchnął śmiechem – złym, demonicznym – po czym wycelował kuszę w Dragona. – Ale ja się nawróciłem! Możecie mnie zabić, wtedy opuszczę ten świat, a wy będziecie się błąkać wiecznie! - mówiąc to wystrzelił, Dragon zrobił unik, jednak bełt trafił go w ramię. Strup zaczął przeładowywać, gdy Roland wbił mu kordelas w szyję. Ciało z głuchym łoskotem upadło na posadzkę, wszyscy byli zdruzgotani tym co się wydarzyło, ale mimo to ruszyli dalej. W tunelu panowała wysoka temperatura, na dodatek coraz ciężej im się oddychało, a pochodnia przygasła. - Tlen nam się kończy. – Baobab był jedyną osobą, która posiadała jakiekolwiek wykształcenie i zrozumiała o co tu chodzi. Moonshine natomiast zrozumiał, że im więcej osób jest w pomieszczeniu, tym mniej tlenu będzie dla niego. Przez długą chwilę walczył z samym sobą, ostatecznie jednak nieznany głos w jego głowie powiedział – musisz zrobić wszystko, żeby przeżyć , nawet jeśli to oznacza zabójstwo twojego brata – po tych słowach zamachnął się, lecz Cloudy był szybszy, wbił mu pochodnię w splot słoneczny, pozbawiając tchu i łamiąc kości. Moonshine wylądował na podłodze i jęknął z bólu, otrzeźwiał. -Ja prze-prze-prze-przepraszam - wybełkotał – Sły-sły-sły-słyszałem czyjś głos w głowie. Mó-mó-mó-mówił żebym to zrobił. Proszę nie zos-zos-zos-zostawiajcie mnie żywego, to boli. Dragon nie czekał, wycelował broń i wypalił, nie pomyślał jednak i duża siła odrzutu wywołała kolejną falę bólu w niesprawnej ręce. - Dragon Ty idioto! Wszyscy jesteśmy teraz ubabrani we krwi! – Roland z niesmakiem otarł twarz. Stał najbliżej konającego Moonshine-a, którego mózg pokrywał teraz całą ścianę. - Jedno Ci trzeba przyznać, masz świetnego cela. - Willow przywołał uśmiech, który spełzł z jego twarzy po pierwszych piętnastu minutach wędrówki. - Najgorszy piątek w moim życiu! To jakaś paranoja! – Roland był zdenerwowany – Tu faktycznie się coś cholera dzieje! - Spadła na nas zagłada! Za nasze czyny! - Baobab czyś ty też do końca zgłupiał? Musimy się trzymać razem i jakoś stąd wyjdziemy! - Ej, chodźcie zobaczyć, tu jest coś napisane! – Dragon opierający się o ścianę, starł swoim cielskiem kawałek mułu pokrywającego boki korytarza. I kto zapuści się tu raz –nie będzie już taki sam Kto ma na sumieniu życie – wejdzie do wnętrza bram Kto zapuści się tu w akcie odwagi – umrze Kto w akcie ucieczki – zostanie poddany próbie Kto w pogoni za złotem – upadnie Kto w pogoni za życiem – dostanie. - Co tu jest napisane? – Willow umiał tylko walczyć, więc Roland musiał powtórzyć treść ściennego zapisu. - Teraz nie możemy się zatrzy… - Roland zobaczył co się dzieje z Baobabem i zamarł. Mag miotał się od krawędzi do krawędzi tunelu i przeraźliwie wrzeszczał. Zmieniał się, jego skóra najpierw zrobiła się szara, a potem lekko zzieleniała. Zaczęła się marszczyć, jakby Baobab w minutę postarzał się o pięćdziesiąt lat. Oczy wyszły mu z orbit, potem eksplodowały, jednak w ich miejsce szybko pojawiły się nowe, całkiem czarne. - Witam. – przemówił ochrypłym głosem, który wywołał gęsią skórkę – Witam was w Bramach. Niewielu osób uszło stąd życiem, jednak próbujcie – będę na was czekał . – Nastąpiła chwila ciszy – Powodzenia. – gdy skończył, z ciała byłego maga uleciało całe powietrze, a razem z nim życie - Zostało nas czterech. – jak na kapitana przystało, Roland zachował zimną krew. – Od teraz zero zabijania, mimo naszej pirackiej natury. - I to ma się udać? – Dragon chciał postawić na swoim – Kapitanie, nie wiem czy zauważyłeś, ale dosłownie tkwimy po uszy w gównie! - WIllow z tym samym uśmieszkiem na twarzy chwycił go za ramię. – Co Ty robisz przygłupie? - Trzymam stronę kapitana, ma rację. – Willow nie zamierzał zmienić zdania. Cloudy, który się temu przyglądał, podetknął swój kordelas osiłkowi pod brodę - Puść go, albo poderżnę Ci gardło śmieciu. – on również był pewny swojego zdania. Rolandowi się to nie podobało. - Tak chcecie? Mam propozycje… - nie zdążył dokończyć, ponieważ Willow odtrącił broń Cloudy-ego i wyrżnął pięścią w twarz Dragona, połamał mu nos. - Osz ty – jęknął mocno ranny pirat, wycelował broń w osiłka. Na tego jednak rzucił się Cloudy. Gdy Dragon wystrzelił, dwóch jego kamratów trwało w bójce. Akurat gdy kula doleciała do celu, Cloudy był na linii ognia. Pocisk przebił jego brzuch, trafił w biodro Willowa, miażdżąc je siłą uderzenia. Wrzask niósł się po tunelach przez setki, jeśli nie tysiące metrów. Czarna postać powiedziała „Idź się z nimi przywitać”, po czym znikła, zostawiając po sobie swąd spalenizny i zapach ludzi, których miał wytropić” - Dobra, dobra, skończmy to! – Roland starał się uspokoić pozostałych przy życiu piratów. - Ja dam radę iść, nie takie rzeczy już przeżyłem – Na twarzy Willowa malowało się zdeterminowanie, zaciskał zęby, ale nie wspominał nic o bólu. - Dobra, wygraliście, pójdziemy razem, a jak wyjdziemy stąd żywi, zapomnimy o wszystkim – Dragon również przystał na zawieszenie broni. Ruszyli powoli, znów nastała cisza, jednak nie była to cisza zwiastujące spokój, a cisza zwiastująca burzę. Powietrze od dłuższego czasu było normalne, tylko strasznie śmierdziało, a temperatura rosła. Schodzili coraz głębiej, brodząc po łydki w odchodach. Roland niósł pochodnie, jego towarzysze ledwo poruszali nogami. Zapach. Ich zapach robił się coraz mocniejszy. Wzmagał w nim rządze krwi, szał, który jego rasa miała w żyłach. Oblizał wargi, ostatni zakręt i będą jego. Szczęśliwy nastał dzień. - Słyszeliście coś? – głos Dragona był słaby, przerażony. Roland pierwszy widział kompana w takim stanie, a podróżowali razem już długo. - Nie – Willow był już spokojny, choć krwawił i strasznie utykał. - Coś Ci się przewidziało – Roland chciał uspokoić towarzyszy, potem jednak też to usłyszał. Coś biegło po korytarzu, rozchlapywało ściek na wszystkie strony, zbliżało się bardzo szybko. Tak! Już są moi! Padlina może poczekać! - Uwaga! – Roland krzyknął, gdy zobaczył czarny cień wyłaniający się z tunelu, przywarł do ściany , starając się nie oddychać, odrzucił pochodnię. Nie chowaj się, twój zapach cię zdradzi. Ułyszał głos w swojej głowie i nagle zrozumiał, jak może wyjść z tego żywy. - Hej potworze! Pomiocie szatańskiej dziwki! – zawołał, jednak nieznany stwór zatopił kły w szyi Willowa odgryzając głowę i nie zamierzał przestać. Dragon już celował. Roland podbiegł do niego i popchnął na ziemię, wydzierając z rąk rusznicę i tym razem głośno pomyślał, zamiast wrzeszczeć. Pomiocie szatańskiej dziwki! Chcesz go? To sobie weź, tylko mnie kurwa przepuść! Nagle nawet jego myśli zamarły, miał wrażenie, jakby jego umysł wypełniła czarna maź. Nie mógł się skupić, a potem odezwało się stworzenie. Znalazłeś sposób! Teraz musze oddać Ci szacunek. Mimo wszystko odejdź. Roland nie zamierzał jednak tego zrobić, gdy „pomiot szatańskiej dziwki” podszedł do niego i ryknął z szacunkiem, wycelował broń w jego gardło i wystrzelił. Cielsko upadło na podłogę, potwór wydał z siebie ostatni, gardłowy pomruk. Następnie Roland podszedł do Dragona, ten wyciągał rękę, by prosić o pomoc, jednak kapitan ją odtrącił i wyciągnął kordelas z pochwy. - Tak nie można, przecież zawieszenie broni, jakieś zasady obo… - Dragon starał się jak mógł, by przeciągnąć swoje życie. - Tu nie ma zasad – kordelas zanurzył się w sercu pirata i już tam został, Roland ruszył dalej. Baobab, a raczej jego głowa wisiała na ścianie, wśród innych głów. Teraz nosiła miano trofeum. Czarny Pan lubił patrzeć na swoje trofea, których poprzedni właściciele często umierali przepełnieni lękiem, a odchodząc napełniali strachem serca zebranych wkoło. Pokój ze szklaną gablotą, wypełnioną po brzegi swego rodzaju pamiątkami po ludziach, którzy odważyli się wejść do Bram, był schludny. Nie pasował do reszty podziemnych Instalacji. Teraz Czarny Pan czekał, by przekazać swoją propozycję człowiekowi, który swym zepsuciem zasłużył na swoje życie . Roland szedł pogrążony w rozmyśleniu. Pieprzony piątek. Cała załoga, cała załoga stracona. Statek zatopiony. Pieprzone całe to miasto. Necroville, nazwa pasuje do tego co tu się kurwa dzieje. Powoli smród zaczął się zmniejszać, a na ścianie pojawiły się pochodnie. Boki tunelu zaczęły się robić coraz czystsze. - Nie do wiary. – mruknął do siebie. – Jeszcze nigdy nie tkwiłem tak głęboko w gównie. - Nie zatrzymywał się, chciał już zakończyć ten dzień, znaleźć się w bezpiecznym miejscu, wlać w siebie butelkę rumu i pójść spać. Czarny Pan chciał go puścić, dać mu odejść, jednak nie zamierzał do końca pozbawić go problemów. Tam na górze, na ulicach wciąż było piekło. Kule latały i niszczyły budynki. Żołnierze, albo piraci, nie wiedział kto to był, nie obchodziło go to, dobijali ludzi, gwałcili kobiety, plądrowali domy. Robili to w poszukiwaniu tej jednej osoby, tej, która teraz zmierzała do pokoju Czarnego Pana. Ludzka krzywda wprawiała go w dobry nastrój i dodawała sił, dziś czuł, jakby mógł przenosić góry. Nad drzwiami ktoś wygrawerował napis – Jesteś pewny, że chcesz tam wejść? Roland nie zastanawiał się, nie pukając pchnął drzwi i wszedł, celując rusznicą przed siebie. Usłyszał kroki, potem skrzypniecie drzwi, a potem zobaczył wściekłego człowieka, z wycelowanym na niego pistoletem. To go uspokoiło. - Odłóż to, porozmawiajmy. – Czarny Pan przemówił swoim ochrypłym głosem, takim samym, jakim wcześniej przemówił Baobab. Ciało Rolanda przeszyła gęsia skórka. - Nie ma o czym rozmawiać. – głos kapitana był stanowczy – Otwórz drzwi, żebym mógł wyjść. - Nie będziesz się kłócić o śmierć swoich przyjaciół? - Zwariowałeś jak ten świr Baobab? Trzeba się było ich wszystkich pozbyć, byli jak wrzody na dupie. - No proszę. Dobrze, wyjdziesz. Ale najpierw odpowiedz mi na jedno pytanie. Roland dopiero teraz ściągnął dłoń ze spustu. Nie miał wyboru, musiał odpowiedzieć. - Wiesz po co przyszli twoi przyjaciele, którzy przerwali Ci wizytę w burdelu? - Nie. - Po ciebie i chcą Cię żywego. – Czarny Pan powiedział to i nie dając Rolandowi czasu na odpowiedź, przeniósł go na powierzchnię. Roland krzyknął, w porę jednak się zorientował, że jest z powrotem w Necroville i musi uciekać. Widok był przerażający. Wszystko płonęło. Wkoło rozbrzmiewały odgłosy bitwy i krzyki ludzi, do których los się nie uśmiechnął - Skurwysyny, tylko nie moje dziecko! Oddajcie mi dziecko! – zawodziła jakaś kobieta. Roland nie mógł się skupić. Postanowił ruszyć do portu i znaleźć jakąś starą łajbę, na niej odpłynąć z tego zgniłego, umarłego miasta. Już miał postawić pierwszy krok, gdy poczuł stal przy skroni i usłyszał: - Mam cię. Ani kroku. Entuzjazm z niego uleciał, wiedział, że to koniec. - Kurwa. Wiedziałem, że Piątki przynoszą pecha. Koniec.
  2. Jak mam przekazać zgodę rodziców, na udział w konkursie?